5 cichych zabójców testosteronu. Dlaczego mimo diety i treningu Twoje mięśnie nie chcą rosnąć?
Wyobraź sobie taką sytuację. Dajesz z siebie wszystko na siłowni cztery razy w tygodniu. Twoja dieta jest dopięta na ostatni guzik, liczysz każde makroskładniki i nie podjadasz słodyczy. Mimo to, kiedy stajesz przed lustrem, efektów brak. Bicepsy nie chcą rosnąć, a oponka na brzuchu trzyma się mocno, jakby była przyklejona superklejem. Zaczynasz szukać winnych w planie treningowym albo w zbyt małej ilości białka. A co, jeśli problem leży zupełnie gdzie indziej?
Twój organizm to skomplikowana maszyneria chemiczna. Możesz wrzucać do niej najlepsze paliwo i katować ją najcięższymi ciężarami, ale jeśli układ hormonalny nie działa sprawnie, to budowa mięśni będzie przypominać walkę z wiatrakami. Testosteron to główny męski hormon, który wydaje rozkaz „budujemy!”. Niestety, we współczesnym świecie otoczeni jesteśmy czynnikami, które po cichu, dzień po dniu, sabotują jego produkcję. Często są to rzeczy, które wydają się niewinne lub o których w ogóle byś nie pomyślał. Dziś zdemaskujemy pięciu cichych zabójców Twojej męskości.
Ważna uwaga: Nie musisz od razu wywracać życia do góry nogami. Często wystarczy wyeliminować lub ograniczyć jeden czy dwa czynniki z tej listy, by odczuć drastyczną różnicę w poziomie energii, libido i regeneracji potreningowej. Pamiętaj, że hormony lubią stabilizację.
1. Stres i Kortyzol. Odwieczny wróg anabolizmu
W dzisiejszych czasach słowo „stres” odmieniamy przez wszystkie przypadki. Szef krzyczy, stoimy w korkach, martwimy się rachunkami. Dla Twojego organizmu to sygnał alarmowy. Ewolucyjnie stres oznaczał, że goni Cię lew. W takiej sytuacji ciało robi wszystko, by przetrwać. Wyrzuca do krwi kortyzol (hormon stresu), który mobilizuje energię. Niestety, biologia jest brutalna. Jeśli uciekasz przed lwem, rozmnażanie się i budowanie wielkich mięśni schodzi na dalszy plan. Organizm dosłownie „wyłącza” produkcję testosteronu, bo jest ona energetycznie kosztowna i zbędna w chwili zagrożenia.
Problem polega na tym, że lew nie goni nas przez 15 minut, ale przez cały dzień. Przewlekły stres utrzymuje kortyzol na wysokim poziomie non stop. Kortyzol jest hormonem katabolicznym, co oznacza, że rozkłada tkanki. Działa dokładnie odwrotnie do testosteronu. Jeśli żyjesz w ciągłym napięciu, Twoje hormony toczą wojnę, w której testosteron jest na straconej pozycji. Bez nauki relaksu i odpuszczania, żaden trening nie przyniesie efektów.
2. Plastikowe jedzenie. Ksenoestrogeny na talerzu
To punkt, który wielu facetów ignoruje. Pakujesz zdrowy ryż z kurczakiem do plastikowego pojemnika, a potem podgrzewasz go w mikrofalówce w biurze. Pijesz wodę z plastikowej butelki, która leżała w nagrzanym samochodzie. W ten sposób nieświadomie dostarczasz sobie związków chemicznych zwanych ksenoestrogenami, takich jak Bisfenol A (BPA) czy ftalany.
Te substancje są podstępne. Mają budowę chemiczną łudząco podobną do estrogenu, czyli głównego żeńskiego hormonu płciowego. Kiedy dostaną się do Twojego organizmu, przyczepiają się do receptorów i wysyłają fałszywe sygnały. Organizm myśli, że ma za dużo hormonów żeńskich, więc dla równowagi obniża produkcję testosteronu. Efekt? Gromadzenie tłuszczu na klatce piersiowej (lipomastia) i biodrach oraz spadek siły. Wymień pojemniki na szklane, a wodę pij z butelek wielorazowych ze stali lub szkła. To mała zmiana, która robi wielką różnicę.
3. Złodziej nocy. Brak snu to kastracja na własne życzenie
W kulturze sukcesu modne jest chwalenie się tym, jak mało śpimy. „Wyśpię się po śmierci” to hasło, które jest gwoździem do trumny dla Twojej sylwetki. Musisz wiedzieć jedną rzecz. Testosteron nie jest produkowany na siłowni. Nie jest produkowany, gdy jesz. Jest produkowany prawie wyłącznie w nocy, podczas fazy głębokiego snu.
Badania naukowe są tutaj bezlitosne i jednoznaczne. Młodzi, zdrowi mężczyźni, którym ograniczono sen do 5 godzin na dobę przez zaledwie tydzień, zanotowali spadek poziomu testosteronu o 10 do 15 procent. To tak, jakbyś postarzał się o dekadę w kilka dni! Jeśli zarywasz noce, grając na konsoli lub oglądając seriale, dosłownie sabotujesz własną męskość. Żaden suplement nie zastąpi 7 lub 8 godzin twardego snu. To najlepszy i najtańszy środek dopingujący, jaki istnieje.
4. Alkohol. Wróg numer jeden w płynie
Weekendowe piwko czy drink po pracy to dla wielu standardowy sposób na relaks. Niestety, alkohol i testosteron to dwa światy, które się nienawidzą. Mechanizm jest tutaj podwójny. Po pierwsze, etanol jest toksyną. Kiedy trafia do wątroby, organizm rzuca wszystkie siły na jego utylizację, wstrzymując inne procesy, w tym produkcję hormonów anabolicznych.
Po drugie, specyfika niektórych trunków, zwłaszcza piwa, jest zabójcza dla sylwetki. Chmiel używany do produkcji piwa jest jednym z najsilniejszych źródeł fitoestrogenów. To dlatego wieloletni piwosze dorabiają się charakterystycznych „piwnych brzuszków” i powiększonych gruczołów piersiowych. Regularne picie alkoholu zwiększa aktywność enzymu zwanego aromatazą. Enzym ten zamienia Twój cenny testosteron w estrogen. Dosłownie przerabiasz męski hormon na żeński. Jeśli poważnie myślisz o formie, alkohol powinien być okazjonalnym rarytasem, a nie codziennym rytuałem.
5. Soja i przetworzona żywność. Ukryte zagrożenie
Temat soi budzi kontrowersje, ale w kontekście walki o każdy nanogram testosteronu warto zachować ostrożność. Soja zawiera bardzo duże ilości izoflawonów, które są kolejną grupą fitoestrogenów. O ile zjedzenie tofu raz na jakiś czas nikomu nie zaszkodzi, o tyle problemem jest ukryta soja w żywności przetworzonej.
Białko sojowe jest tanim wypełniaczem dodawanym do parówek, gotowych burgerów, batonów, a nawet pieczywa. Często nieświadomie jemy soję kilka razy dziennie. Nadmiar tych związków w diecie mężczyzny może (choć nie musi u każdego) wpływać negatywnie na gospodarkę hormonalną. Jeśli masz wybór, stawiaj na białko zwierzęce (mięso, jaja, nabiał), które jest naturalnym sprzymierzeńcem testosteronu, a produkty sojowe traktuj z rezerwą, zwłaszcza te wysokoprzetworzone.
Ciekawostka: Czy wiesz, że tkanka tłuszczowa sama w sobie działa jak fabryka estrogenów? Im więcej masz tłuszczu na brzuchu, tym więcej aromatazy produkujesz, co obniża testosteron. Niższy testosteron sprzyja tyciu. To błędne koło. Dlatego pierwszą linią obrony powinna być redukcja wagi, a unikanie wymienionych wyżej „zabójców” znacznie ten proces ułatwi.
Podsumowanie dla Ciebie: Nie szukaj winy w „słabej genetyce”, zanim nie zrobisz rachunku sumienia. Walka o wysoki testosteron to nie tylko to, co robisz na treningu, ale przede wszystkim to, jak żyjesz przez pozostałe 23 godziny doby. Wyśpij się porządnie, wyrzuć plastikowe pojemniki, ogranicz alkohol do minimum i postaraj się mniej stresować rzeczami, na które nie masz wpływu. Usunięcie tych blokad sprawi, że Twój organizm wreszcie odetchnie z ulgą i zacznie budować mięśnie, o jakich marzysz.